Skąd przychodzimy?

Złożone zostały właśnie papiery rejestracyjne organizacji My Rodzice – Stowarzyszenie Matek, Ojców i Sojuszników Osób LGBTQIA. Złożone, to znaczy , że sądy pochylą się nad rejestracją, to znaczy również, że chcemy być widoczni. Chcemy być legalni, działać zgodnie  z prawem i pokazywać drogi, dzięki którym nasze dzieci mogą egzekwować swoje pełne obywatelstwo.

Państwo nie chce widzieć naszych dzieci. Jeśli Europa o nie pyta, rząd polski i europosłanki i europosłowie, w jakiejś części, mówią dużo o wartościach i rodzinie, ale o swojej. Nadal nie widzą naszych rodzin, bo je wykluczają. Wykluczają nas a’priori.

Bez argumentów, dyskusji, praw. Klasyfikują moralnie. Piętnują.

Stowarzyszenie My Rodzice tworzy grupa ludzi, która ma za sobą coming outy swoich dzieci i innych członków rodziny, przyjaciół. To wszystko składa się na całkiem spory zbiór różnych historii, z których płynie jedna, solidarnościowa idea, że rodzina jest najważniejszym środowiskiem dającym siłę i poczucie wartości.

Po to jesteśmy, po to, bo chcemy być legalni, po to się instytucjonalizujemy, żeby być partnerem, bo nasze partnerstwo wynikać będzie z prawa.

Skąd przychodzimy? Zewsząd.

Każda osoba LGBTQIA, każdy rodzic, każda osoba z rodziny, może z nami porozmawiać, poznać nasze historie, włączyć się w działanie organizacyjne.

Skąd przychodzimy? Zawsze byliśmy.

A teraz jesteśmy głośniej i jesteśmy odważniej.

Dorlle

Reklamy

Ola chodziła struta

Ola chodziła struta już dobry rok. My, jej rodzice, nie bardzo wiedzieliśmy, co jest grane.

Postanowiliśmy uczcić nasze wspólne imieniny (mamy tego samego dnia) kilkudniową wycieczką do Londynu we dwójkę.

Już wybiegamy do taksówki na lotnisko, a tu na klamce prezencik (o, jak miło!) i list z instrukcją obsługi na kopercie: „otwórzcie, jak będziecie mogli spokojnie przeczytać”. Jesteśmy normalni, przeczytaliśmy natychmiast.

A tam, wyznanie, jestem lesbijką, dochodziłam do wiedzy o tym długo, mam nadzieję, że to przyjmiecie. Przyjęliśmy jeszcze na tych schodach, potem już z Londynu zadzwoniliśmy do Oli, że wszystko OK.

Po kilku latach, wysłuchaniu dziesiątków relacji o coming outach, wielu rozmowach, głównie z rodzicami (zaangażowaliśmy się w ruch rodziców osób LGBT), dotarło do nas, że nasza reakcja nie była typowa.

Próbowałem zrozumieć, dlaczego nie przeżyłem dramatu i wymyśliłem trzy rzeczy:

Po pierwsze: nigdy nie miałem pomysłu, że któreś z moich dzieci ma realizować jakieś życiowe zadanie, które powstało w mojej głowie. Czyli: zostać pianistą, tancerką figurową, profesorem- fizykiem teoretycznym, matką 3 par bliźniaków, czy górnikiem dołowym. To jest ich życie!

Po drugie: oboje byliśmy wychowani w rodzinach ateistycznych. W okresie naszej młodości Kościół był instytucją znacznie sympatyczniejszą niż dziś, byliśmy oboje związani z Klubem Inteligencji Katolickiej a potem z Przymierzem Rodzin, ale nikt tam od nas nie wymagał wiary. Swoją drogą, naszym dzieciom daliśmy możliwość uzyskania formacji katolickiej, w dwóch trzecich przypadków, z sukcesem. Jednakże problem wejścia albo nie-wejścia kogokolwiek do królestwa niebieskiego jak do tej pory mnie nie nurtował ani trochę. Czyli, nie wchodziłem w życie dorosłe z worem homofobii, tylko z takim małym woreczkiem związanym ze śmianiem się z dowcipów o homosiach.

Po trzecie: rodzeństwo Oli dorobiło się potomstwa – czyli naszych wnuków w liczbie ośmiu (stan na dziś). Oczywiście, dziecko nie jest realizatorem programu swoich rodziców tylko odrębnym, niezależnym człowiekiem (patrz punkt pierwszy). Ale miło odnaleźć swoje geny w kilku mądrych i fajnych młodych ludziach.

Szczególnie punkt trzeci jest potwornie ważny dla innych rodziców. Związek jednopłciowy i wynikające z tego nieposiadanie (POSIADANIE !!!! – ten język!!!) dzieci to zbrodnia, za którą rodzice często wyrzucają z domu. Myślę, że bym to wytrzymał lepiej od przeciętnej, ale nie żałuję, że Bóg niewierzących nie postawił mnie przed tą próbą.

Marek Błaszczyk

Niektórzy wybierają Święta

Życzenia dla Rodziców, którzy jeszcze nie wiedzą a w Święta się dowiedzą, dla Rodziców, którzy się domyślają, a w Święta dzieci to potwierdzą.

I WTEDY DZIECI MÓWIĄ: JESTEM OSOBĄ HOMOSEKSUALNĄ, TRANSPŁCIOWĄ…

Niektórzy wybierają Święta. Jak rodzinnie, to rodzinnie. Dziewczyna przyprowadzi dziewczynę, chłopak chłopaka a inne dziecko chce skorygować płeć.

I co? I nic! Zostajemy na zawsze z tą świąteczną wiadomością.  Niektóre matki coś podejrzewały, teraz milczą, ojcowie nieraz zamierają w bezruchu.

A Święta się kończą i niekiedy myślimy, że wraz z nimi skończyło się wszystko.

Ale się nie skończyło. Czeka Was walka o dzieci, o siebie.

Wtedy przychodzi WIELKA SIŁA, która pozwala podjąć tę walkę.

Trzeba tylko na nią chwilę poczekać.

Nikt inny tej siły nie dostanie.

Życzenia od Rodziców, którzy wiedzą – dla Rodziców, którzy się dowiedzą .

Niektórzy wybierają Święta.

Mama lesbijki: „Moja córka nie jest chora, zła, zboczona”

– Jest mądra i kochana. Urodziła się z taką orientacją seksualną i nikt tego nie zmieni – mówi Anna, mama Beaty.

Rozmowa z Beatą, lesbijką, i Anną, jej mamą zaangażowaną w działalność Fabryki Równości w Łodzi i Kampanii Przeciw Homofobii w Warszawie.

Artykuł pochodzi z Gazeta Wyborcza Łódź

Estera Flieger: Wasza pierwsza rozmowa o tym, że Beata jest lesbijką. Pamiętacie ją?

Beata: Siedem lat temu, w tym mieszkaniu. Wyjeżdżałam do Warszawy. W piątek dostałam pracę, a w poniedziałek musiałam być już na miejscu. Wszystko potoczyło się bardzo szybko, był to stresujący moment. Po wszystkim poczułam ulgę. Zrzuciłam z siebie spory ciężar. Mama ucałowała mnie i powiedziała, że wszystko jest w porządku i bardzo mnie kocha. Nie wyrzuciła za drzwi. Zdarza się, zwłaszcza w stosunku do mężczyzn, że rodzina reaguje agresywnie. Wcześniej z rodziny wiedział tylko brat.

Anna: Kiedy studiowała, kręcili się jacyś chłopcy. Ale szybko znikali. Zastanawiałam się, dlaczego? Tego dnia przy obiedzie zaczęłam wiercić córce dziurę w brzuchu. Mówiłam, że warto mieć partnera i pomyśleć o dzieciach. Zaczęła płakać. Pomyślałam, że sprawiłam jej straszną przykrość. Przeprosiłam. Płakała dalej. Przeprosiłam więc po raz drugi. Usłyszałam, że nic nie rozumiem. Przytuliłam córkę. Wtedy mi powiedziała. I wyszła. Zaczęłam szukać informacji w internecie. Czytałam różne rzeczy. Sporo hejtu. I tragiczne historie. Nie rozmawiałyśmy przez kilka dni. Nie wyobrażałam sobie, jak to będzie. Umówiłam się na wizytę u psychologa polecanego przez ówczesny łódzki oddział Kampanii Przeciw Homofobii.

Jak wyglądała wizyta?

Anna: Trzeba było na nią czekać trzy tygodnie. Do tego czasu uspokoiłam się. Poszłam do psychologa tylko po to, żeby potwierdził to, co już sama dobrze wiedziałam. Moja córka nie jest zła, chora, zboczona i przeklęta, ale jest mądra i kochana. Urodziła się z taką orientacją seksualną i nikt tego nie zmieni. Zaraz po tym, w internecie, znalazłam list innej matki z Łodzi, w którym zapraszała rodziców gejów i lesbijek na spotkanie. Pierwsze tego typu wydarzenie w Polsce. Zdecydowałam się. Okazało się, że wzięła w nim udział psycholożka, która znała moją córkę. Beata już wcześniej działała w KPH. Nie mówiła wiele o sobie. Nie znałam więc mojego dziecka. Okres od końca liceum do końca studiów to wyrwa. Nie wiem, czy córka pamięta ten moment, w którym po raz kolejny ją przeprosiłam. Za wypowiedzi, które mogły ją w przeszłości urazić. Nie byłam homofobem. Jestem dobrze nastawiona do ludzi. Ale mogłam kiedyś powiedzieć coś przykrego.

Beata: Nigdy nie czułam urazy. Mama nie miała kontaktu z osobami homoseksualnymi. Opierała się na przekazie medialnym lub plotkach. Mogło to opóźnić mój coming out.

Wróćmy jeszcze do tego momentu. Czy planowałaś powiedzieć mamie wcześniej?

Beata: Nie planowałam tego. Wahałam się. Trudniej było, mieszkając z mamą. Pożegnanie przed wyjazdem było mobilizujące. Nie chciałam też niczego mówić, dopóki kogoś nie poznam. Na studiach dopiero poznawałam siebie. Był okres, kiedy uważałam się za osobę biseksualną. Kiedy dojrzewałam, mało było miejsc, gdzie osoby homoseksualne mogły się spotkać. Może dwa kluby. Miałam tolerancyjne koleżanki, z którymi bardzo dobrze się tam bawiłam. Wśród nich jedną lesbijkę, o czym długo nie wiedziałam. Wyoutowałyśmy się sobie nawzajem, pijąc piwo. Potem zaangażowałam się w działalność KPH.

I mniej więcej wtedy poznałaś Ulę. Opowiedzcie o dniu, w którym przedstawiłaś partnerkę mamie.

Beata: To był kolejny etap. Stresowałam się bardziej od Uli. Ale rozmowa była na luzie.

Anna: Byłyśmy gdzieś na mieście. Chyba na jakimś spotkaniu. Kolejny raz Ula odwiedziła mnie już w domu. Dostałam fiołka, który rośnie do dziś. Dziewczyny mieszkały już wtedy razem. Początkowo nie traktowałam ich jak partnerki, ale trochę jak koleżanki. Szanuję wybory dzieci. Ula jest bardzo fajna, myślę, że się dogadują. O jej mamie mówię, że to teściowa Beaty. Ludzie często pytają mnie o to, która jaką rolę pełni w związku.

I co pani mówi, kiedy pytają o rolę w związku córki?

Anna: Tu nie ma podziału na role. Dziewczyny wstają rano i robią wspólnie śniadanie. Wszystko zresztą robią razem. Zauważyłam, że w takim pytaniu bardzo często chodzi o seks. Zwłaszcza w kontekście związków gejowskich. Ludzie, którzy nie mają kontaktu z osobami homoseksualnymi, tym interesują się najbardziej, szukają „pikantnych szczegółów”. Przeważnie nie obchodzi ich to, jak ktoś naprawdę żyje. To przykre.

Beata: Partnerzy, również w związkach heteroseksualnych, powinni być równi. Nadal przyjmuje się, że mężczyzna zarabia pieniądze, a kobieta siedzi z dziećmi lub że po pracy tylko ona zajmuje się domem. Obserwując związki jednopłciowe, można więc zastanowić się, czy w heteroseksualnych kobieta nie dźwiga zbyt dużego bagażu.

Czy kiedykolwiek towarzyszyła wam myśl „A co ludzie powiedzą”?

Anna: Na początku zastanawiałam się nad tym. Ale dziś mało już mnie to obchodzi. Homofobia siedzi głęboko w nas. Mało jest ludzi całkowicie jej wyzbytych. Nawet część osób homoseksualnych ma ją w sobie.

Jak to?

Anna: To wynika z braku akceptacji własnej orientacji seksualnej, co jest spowodowane homofobiczną reakcją społeczeństwa.

Beata: To autohomofobia. Niektórzy latami nie są w stanie z tym sobie poradzić. Są też tacy, którzy nigdy nie wyjdą z szafy i będą zagłuszać emocje. Największym wyzwaniem jest przyznanie się rodzinie i współpracownikom, bo znajomych zawsze można poznać nowych.

Co przykrego was spotyka na co dzień?

Anna: Wsłuchiwanie się w to, co ludzie mówią na temat osób homoseksualnych. Chodzi przecież o moje dziecko. To, jak mówią, często rani mnie. Dlatego zdecydowałam się na mój coming out w pracy.

Przygotowywała się pani do tego?

Anna: Koordynatorzy KPH w Warszawie zainteresowali się spotkaniami rodziców w Łodzi. Przyjechali do nas i zachęcili do wzięcia udziału w ogólnopolskiej akcji społecznej „Rodzice, odważcie się mówić”. Potem była Akademia Zaangażowanego Rodzica. Jestem tam już od sześciu lat. Świetne zajęcia, dużo się dowiedziałam. I poznałam rodziców, którzy mają te same problemy. Bo kiedy dziecko wychodzi z szafy, to rodzice do niej wchodzą. Muszą to przerobić. Jedni robią to szybko, inni długo.

Pani szybko wyszła z szafy?

Anna: W czym moje dziecko jest gorsze? Na studia dostała się z najlepszym wynikiem. Dobrze ją wychowałam, choć czasem się kłócimy.

Beata: Mama szła jak burza. Nie miałam okazji porozmawiać z rodziną, bo mieszkałam poza Łodzią i nie widywałam się z nią bardzo często. Zrobiła to za mnie. I dobrze wyszło. Kiedy przyjeżdżam na święta, jest czas na odpoczynek, a nie poważne rozmowy przy stole.

Anna: Mamy małą rodzinę. Nie wyobrażałam sobie, że na imieninach czy urodzinach córka miałaby kręcić, kiedy ktoś ją zapyta o życie osobiste. Chciałam uniknąć krępujących sytuacji. Ale najpierw spytałam Beatę o zdanie. Bo wtedy uważała, że osoba homoseksualna nie musi nic o sobie mówić. Dałam jej do zrozumienia, że rodzinie jednak warto powiedzieć.

Jak wyglądały rozmowy z rodziną?

Anna: Umawiałam się na spotkanie. Zawsze byłam przygotowana. Miałam przy sobie materiały, zostawiałam coś do poczytania. Podkreślałam, że orientacja seksualna nie jest kwestią wyboru. Nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją. Nie usłyszałam niczego złego. Choć ktoś mi powiedział, że skoro Beata jest lesbijką, to już nic z tym nie zrobię.

Beata: Okazało się też, że w rodzinie były osoby, które znały lesbijki czy gejów, co ułatwiło sprawę. Nikt wcześniej tym się nie chwalił.

Rodzic osoby homoseksualnej ma więc swój coming out. Również w pracy.

Anna: Porównuje się go do żałoby. Bo umiera nasze wyobrażenie o dziecku. Że weźmie ślub i że pojawią się wnuki. Moja pierwsza rozmowa odbyła się miesiąc po coming oucie Beaty. Musiałam to komuś powiedzieć. Wylałam tyle łez. Minął rok, zanim powiedziałam rodzinie i współpracowniczkom. Akurat był to okres, w którym dużo rozmawiało się o Annie Grodzkiej, bo dostała się do Sejmu. Nasłuchałam się. Broniłam jej, jak mogłam i umiałam. Pomyślałam wtedy, że muszą dowiedzieć się o Beacie. Nie obyło się bez łez. Jedna koleżanka przyznała, że otworzyłam jej oczy i nawet stara się przekazywać podstawowe informacje dalej. Bardzo chciałabym, żeby wszyscy rodzice mogli powiedzieć: „Mam dziecko homoseksualne. Jestem z tego dumna”. Wiele by się zmieniło. W bloku obok, w szkole, kościele, są przecież osoby homoseksualne lub ich rodzice.

Jak to jest być osobą homoseksualną i mamą osoby homoseksualnej w Polsce?

Beata: Nie jest lekko. Boję się przede wszystkim przemocy, choć już mniej niż kiedyś. W zeszłym roku na Paradzie Równości w Warszawie obsługiwałam nawet platformę. Mniej przejmuję się hejtem. Ale polityka i Kościół wciąż źle nastawiają ludzi. Brakuje regulacji prawnych. Nie mogę się czuć w stu procentach bezpieczna i wolna. Trwa wykluczenie. Dlatego z tyłu głowy mam wyjazd za granicę. Nawet na krótko. Właśnie wróciłam z Holandii. Byłam na weselu. Muzułmanie, katolicy i pary homoseksualne bawiły się razem. Wszyscy potrafili ze sobą spokojnie rozmawiać. A co zrobić w Polsce, kiedy jest się zaproszoną na ślub? Pójść z partnerką?

Anna: Poznałam matkę geja z małej miejscowości. Powiedział, że nie będzie w niej mieszkał. Szkołę wybrał w dużym mieście. I już zapowiada, że na studia przeniesie się do większego.

Często się słyszy, że osoby homoseksualne prowadzą nieustabilizowane życie.

Beata: Jesteśmy z Ulą razem siedem lat. W Wielkiej Brytanii wprowadzenie związków partnerskich postulowały partie konserwatywne, dla których uregulowanie tych spraw było równoznaczne ze wzmocnieniem statusu rodziny. U nas wciąż jest to „zagrożenie dla rodziny”.

Anna: Osobom homoseksualnym najczęściej zarzuca się, niesłusznie zresztą, rozwiązłość. Związki partnerskie wiele mogłyby zmienić. Ułatwiłyby parom życie, a antagonistom zamknęłyby usta.

Dlaczego zdecydowały się panie na tę rozmowę?

Anna: Dzięki temu wywiadowi ktoś dowie się, że między innymi w Łodzi spotykają się rodzice osób homoseksualnych. Udzielają wsparcia nowym rodzicom i osobom LGBT. Jest w nas również chęć „adopcji”. Może z nami porozmawiać osoba homoseksualna, która nie ma dobrego kontaktu z rodzicem lub jest przed coming outem. Jest pomoc i wsparcie. Liczę na edukację. Chcę zmieniać sposób myślenia i wykreślić z języka polskiego słowa „skłonności” i „preferencje” w stosunku od osób LGBT. Pierwsze kojarzy się ze skłonnością do słodyczy, alkoholu itp. A drugie sugeruje, że jest jakiś wybór. Słyszy się, że osoby homoseksualne się afiszują. Mówili tak między innymi Ryszard Petru i Lech Wałęsa. Za pieniądze podatników niedawno został zaproszony do Sejmu psycholog, który twierdzi, że homoseksualistów należy leczyć, choć Światowe Towarzystwo Psychologiczne negatywnie opiniuje jego tezy. W Akademii Zaangażowanego Rodzica są osoby, które szybko reagują na takie wypowiedzi czy podobne zdarzenia, pisząc pisma i oświadczenia. Aktywnie angażujemy się we wszystkie działania mające pomóc osobom LGBT.

Beata: – Parę lat temu zastanawiałabym się. Ale jestem w takim momencie, że udzielenie wywiadu nie jest już dla mnie problemem. Może pomogę osobom, które są głęboko w szafie. Zarówno rodzicom, jak i ich dzieciom.

Gdzie szukać wsparcia?

Rodzice osób homoseksualnych mogą skorzystać z pomocy psychologa i skontaktować się z innymi rodzicami, dzwoniąc pod numer 48 669 499 750 lub pisząc pod jeden z adresów mailowych: rodzice@fabrykarownosci.com i rodzice@kph.org.pl. Więcej dowiedzieć mogą się, odwiedzając strony rodzicelgbt.blox.pl i rodzicelgb.wordpress.com.

….

 

KILKA SŁÓW O SOJUSZACH

Większość definicji sojuszu odnosi się do wojny, a jeśli nie do wojny to do polityki, która wkrótce doprowadzi do wojny. Większość synonimów ma konotacje polityczne lub takie, które zupełnie nie łączą się z naszą ideą równości.

W języku, którym się posługujemy kryje się  wiele obaw. Używamy często takich słów i wyrażeń jak walka, jestem przeciw, łączymy siły – bo wydaje nam się, że pierwszym naszym zadaniem jest obrona. Tak myślimy. Obrona przed przemocą, jawną fizyczną przemocą, która w wielu znanych przypadkach doprowadziła do śmierci. Obrona przed chamstwem, obrona przed ośmieszeniem, w końcu obrona przed nieporadnością słów i zachowań.

Ideę sojuszu przejęliśmy od KPH i akcji „Ramię w ramię po równość”.  Zachwyceni postawą kolejnych osób, których wizerunki z różnych powodów są  powszechnie znane, zaczęliśmy się zastanawiać, gdzie są ludzie, którzy nam sprzyjają?  Kim są ci ludzie?

Zanim odpowiem na to pytanie przywołam kolejność procesów, które następują po comig outcie. Po pierwsze przychodzi uświadomienie potrzeb przynależności do wspólnoty, oczekiwania pomocy od środowiska. Nasze wyznania, zwierzenia kierujemy do najbliższych ludzi. Kogo zaliczamy do tego kręgu zależy od nas, od naszych doświadczeń, także od woli naszych dzieci. Nie istnieje żaden klucz. To jest rodzina, przyjaciele, koledzy z pracy, sąsiedzi. Mówimy ludziom, którzy są blisko nas  i przy których czujemy się bezpiecznie. Nasz świat się wtedy poszerza, rośniemy w siłę. Potem przychodzi czas na okrzepnięcie i pojawia się działanie mechanizmu odwrotnego, to my uczymy sojuszników mówić, uczymy słownictwa. Pokazujemy umiejętność posługiwania się słowami problem, akceptacja, tolerancja. Uczulamy, że zdanie skierowane do pary mężczyzn „niech sobie mieszkają, byleby się nie obnosili” jest krzywdzące. Przecież nie zastanawiamy się czy silny mężczyzna, który wprowadza się piętro niżej  będzie bił swoją żonę, a z reguły bez zastrzeżeń tolerujemy i akceptujemy przemoc, bo nie chcemy łamać granic prywatności. Musimy głośno zapytać dlaczego miłego uśmiechniętego geja musimy tolerować lub akceptować a pobitą sąsiadkę lub chamskiego sąsiada po prostu mamy.

Uczymy pytać o nasze dzieci!!! Czy się realizują zawodowo, czy radzą sobie finansowo, czy kogoś mają? To są proste pytania, których bliscy często nie zadają, bo nie wiedzą w jaki sposób.

 

Nie jesteśmy wielkimi edukatorami, sami przeszliśmy różne drogi. Oni dali nam wsparcie, a być może od nas dostali narzędzia, być może nasze doświadczenie i doświadczenie znajomości z nami rozszerzają krąg różnorodności ich życia.

Dlatego chcemy budować sieć sojuszników. Zorganizowaliśmy w styczniu spotkanie w Łodzi. Po raz pierwszy zaprosiliśmy rodzinę, przyjaciół, koleżanki i wszystkich, którzy znaleźli czas, bo rozumieją, że coś jest nie w porządku. Do końca charakter spotkania był niejasny. Byliśmy zdenerwowani, obawialiśmy się braku profesjonalizmu i tego, że znudzimy wszystkich. Spotkanie było tak tajne, że właściwie nie mamy zdjęć. Kogo się baliśmy? Refleksja i odpowiedź przyszła później. Myślę, że baliśmy się, że mówienie po raz pierwszy będzie nieporadne a zatem nieprawdziwe, czaił się trochę wstyd i obawa, że zabieramy czas naszym sojusznikom, przecież już wszystko wiedzą i nie muszą się nawzajem poznawać, widzieć. Do wzruszeń i łez we własnym gronie byliśmy przyzwyczajeni, podczas spotkania musieliśmy je upublicznić. I zawsze boimy się, że będziemy zbyt blisko granicy między autentycznością a tanią sensacją. A jednak się udało, bo umiemy sformułować cel na przyszłość. Będziemy budować sojusze oparte na wzajemnym pokazywaniu różnorodności świata.

Nasza wspólnota – to nasza różnorodność.

 

 

 

Moja Wigilia…..

choinki

Każda matka ma plany dotyczące swojego dziecka.
Mój syn jak się urodził był taki śliczny, zawsze uśmiechnięty i wszędzie było go pełno.

Ja byłam taka szczęśliwa,że go mam.
Wyobrażałam sobie, że jak już dorośnie, skończy studia, to któregoś dnia przyjdzie do mnie i powie, że się zakochał . Potem będzie oczywiście ślub
a po ślubie jak to zazwyczaj bywa po jakimś czasie zostanę babcią.

Mój syn obecnie jest na studiach. Wszystko toczy się swoim trybem,
tylko ja mam już inne marzenia.

6 lat temu jak co roku zasiadłam do wigilijnego stołu z moja najbliższą rodziną, synem,siostrą i jej dziećmi oraz naszą mamą. Znalazło się również miejsce dla znajomego, który nie miał z kim spędzić Wigilii.
W trakcie kolacji, a w tamtym roku udało mi się przygotować 12 tradycyjnych potraw, mój syn skierował do obecnych przy stole pytanie:

– A co zrobilibyście jakbym powiedział Wam,że jestem gejem? –

całe szczęście ,że nie jadłam w tym momencie karpia!
Świat mi zawirował, straciłam słuch, bo nic do mnie nie docierało,
nie do końca rozumiałam o co pyta moje dziecko. Przez moment czułam się tak, jakbym tylko ja siedziała przy stole. Widziałam tylko biały obrus przed sobą.
Nie potrafiłam nic mu odpowiedzieć. Kołatała mi po głowie jedna myśl :
jak to, to ja nie będę miała wnuków?!

Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojej mamy, który przerwał ciszę jaka zapadła przy stole:

– Nieważne co powiesz, zrobisz, bez względu na wszystko, ja zawsze będę Cie kochała….
– myśl jak błyskawica przeszyła moją głowę:  TO POWINNY BYĆ MOJE SŁOWA, TO JA TO POWINNAM TO  POWIEDZIEĆ, a zrobiła to babcia.
A ja cóż, zadałam pytanie w stylu: „ czy jesteś pewien,że jesteś gejem? Tylko na to wtedy było mnie stać.

Do dzisiaj nie mogę sobie darować, że mój ukochany syn nie usłyszał wtedy ode mnie, że go kocham mimo i ponad wszystko, że nic nie jest ważniejsze od tego, że jest moim dzieckiem, i że chcę aby był szczęśliwy.

Ja chcę aby był szczęśliwy, nawet wtedy kiedy jego wybory są inne od moich marzeń i oczekiwań. Ma do tego prawo.

Tak, mój syn jest gejem, nie ma ogona i rogów. Jest świetnym facetem.
Jest kochany i szczęśliwy.
Skąd to wiem?, powiedział mi o tym.
Ja również często mu mówię o tym, że bardzo go kocham.

A moje marzenia?
Marzę teraz  aby  był szczęśliwy ze swoim partnerem, nigdy nie doświadczył przemocy i nietolerancji, aby mógł żyć w świecie wolnym od uprzedzeń
i nienawiści.

Wigilię w tym roku również spędzimy razem.
Żałuje tylko, że nie będzie z nami jego partnera.

Napisałam to wszystko po to, aby nikt, jeśli przydarzy mu się podobna sytuacja niczego potem nie żałował.
Takich Wigilii jest dużo, bo przecież mój syn nie jest jedynym gejem
w Polsce.

 

Córko, kim jesteś?

Było to 8 lat temu, jak Pati wyszła z tej szafy. Ale wcześniej przez 4-5 lat miała pod górkę. Kiedy Patrycja dorastała i coraz bardziej zdawała sobie sprawę z tego, kim jest ja byłam akurat na odwrotnym etapie. Coraz bardziej nienawidziłam gejów. I to taką nienawiścią otwartą. Często o tym rozmawialiśmy z moimi dziećmi. Tak więc Patrycja widziała we mnie pokłady nienawiści do osób homoseksualnych. Stawała się coraz bardziej zamknięta w sobie. Coraz częściej unikała kontaktu ze mną. A przecież to było gimnazjum, potem liceum. Chłopcy ją nie interesowali. Chociaż miała adoratorów. Ale skutecznie ich zniechęcała. Włosy, wtedy jeszcze długie, wiecznie były związane w kitek i ukryte pod czapką. A zgrabna figura  ukryta w szerokie spodnie i zbyt duże koszule i bluzy. Nie trzymała się z dziewczynami. W liceum sprytnie ukryła się w męskiej orkiestrze dętej. No i grała na trąbce.

My, rodzice, przeżywaliśmy jej ukryte emocje. Martwiliśmy się o brak towarzystwa i  brak chłopaka. Wyczuwaliśmy, że coś poważnego ją gryzie. Baliśmy się, by sobie nie zrobiła krzywdy. Tak dobrnęła do matury. I pytanie : co dalej? Pozwoliliśmy jej wyjechać do Warszawy do studium fotograficznego. Mimo oddalenia zaczęło się pojawiać coraz więcej sygnałów. A to jakaś gazetka, a to rozmowa przez telefon z niedomówieniami. A to opowiadanie o spotkaniu osób homoseksualnych.

Zaczęliśmy w domu analizować pewne zdarzenia, sytuacje, rozmowy. Nagle – olśnienie. Czy Pati jest lesbijką? No tak, ale Ona nic nie mówi. I na pewno nie powie sama, po tym, jak przez wiele lat słyszała ode mnie złe wypowiedzi o gejach. Nie pozostaje nic innego, jak samemu zapytać. No i padło to pytanie z mojej strony. Córka rozpłakała się a ja przytuliłam ją mocno. Zrozumiałam w jednej chwili – moja córka jest lesbijką. Kochałam ją nadal, może jeszcze bardziej , niż przed chwilą. Ale świat mi się przewrócił do góry nogami. Jak to? Skąd to się wzięło? Co ja zrobiłam nie tak? Jak Ona będzie żyła?  I jeszcze wiele innych pytań kłębiło się w mojej głowie.

No i córka wyszła z szafy. Ja ją zaakceptowałam taką, jaką jest i zapewniałam, że nadal kocham.  Jednak równocześnie wlazłam do szafy i zatrzasnęłam drzwi za sobą. Było mi tak wygodnie. Pati w Warszawie, ja w domu. Kocham ją tak samo mocno, jak dawniej.  Nic nikomu nie muszę opowiadać.

Zabrałam się za przeszukiwanie internetu i czytanie. Chciałam zrozumieć. Nie chciałam myśleć stereotypowo.  Uczyłam  się tego, co powinna była dać nam szkoła a nie dała. Jeszcze trzeba było się zmierzyć z bzdurami i homofobiami wszelkiego rodzaju szerzącymi się w internecie. Ale to nie było takie łatwe : odsiać ziarno od plew.  I tak powoli oswajaliśmy to tęczowe życie mojej Pati. Córka tłumaczyła nam wiele rzeczy. Poprawiała nasze wypowiedzi. Uczyłam się poprawnego wyrażania. Panowałam nad złymi emocjami, które przecież nie od razu wygasły. Ale to już opowiem innym razem

Dana